Inspiracje,  Przemyślenia

Dlaczego (nie)chcecie dostać ode mnie numeru do mojej Mamy?

Jest styczeń, rok 2016. Sobota. Godzina 17.50. Siedzę wyczerpana na ławce w jednej z sal w the National Gallery w Londynie i żałuję za grzechy. I że naprawdę, ale to naprawdę nie mógł mi przyjść lepszy pomysł do głowy niż sprezentowanie mojej Mamie pod choinkę szalonego wypadu do Londynu.

Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam mojej Mamie, historykowi sztuki, wieloletniemu dyrektorowi muzeum, miłośniczce muzyki klasycznej i pasjonatce ogrodnictwa, sprawić prawdziwą przyjemność. Zbliżała się kolejna Wigilia, i zamiast dwoić się i troić, by znaleźć rzecz, z której naprawdę by się cieszyła (a wierzcie mi, to nie jest takie proste), postanowiłam podarować jej wspomnienia. Ultrakrótki wypad do Londynu. Mieście, w którym można by spędzić rok i dalej nie zobaczyć wszystkiego. Plan był prosty – wylot o poranku w sobotę, powrót najpóźniejszym lotem niedzielnym. Dzięki temu nie musiałam martwić się, czy w wyjeździe nie przeszkodzą nam jej obowiązki zawodowe. W planach maksymalnie dużo zwiedzania, bo jest to rzecz jasna to właśnie, co moja Mama lubi najbardziej. Jeśli chodzi o plan podróży, to miały to być londyńskie oczywistości, czyli punkty obowiązkowe dla kogoś, kto pierwszy raz odwiedzi brytyjską stolicę. Wobec tego przewidziane były następujące atrakcje: Tower od London, Tower Bridge, Westminster Abbey, the National Gallery i the British Museum. Jak dla mnie grafik absolutnie do wykonania w dwa dni.

Londyn. Zdjęcie pobrane z Pixabay.

Jednak nie przewidziałam jednego. Że moim towarzyszem podróży będzie… moja Mama.

Tak więc jest godzina 17.50 w sobotę. Na zewnątrz jest ciemno, pada deszcz ze śniegiem. Tego dnia the National Gallery zamykana jest o 18.00. Ochroniarz patrzy na mnie z politowaniem, i nerwowo przebiera nogami. Spieszy mu się, wiadomo, w końcu sobota. Ja poddałam się jakieś pół godziny wcześniej i od tego czasu, siedząc na ławce, udaję, że nie burczy mi w brzuchu. Żeby zdążyć na samolot na 6-tą rano, wstałam o 3.30, i jeszcze nie zdążyłam zjeść pierwszego ciepłego posiłku. Już nawet nie udaję, że oglądam obrazy, o podziwianiu sztuki nie wspomnę. Zbyt niski poziom cukru we krwi uniemożliwił mi przyswajanie wiedzy.

Co robi moja Mama? Moja Mama utkwiła gdzieś kilka sal wcześniej. I stoi jak zahipnotyzowana przed którymś z obrazów. Za chwilę minie piąta godzina naszego pobytu w the National Gallery, moja Mama jest w połowie. Jutro wrócimy tu znowu, bo przecież nie zaliczyłyśmy jeszcze nawet da Vinci’ego. Mój genialny harmonogram nie podołał tempie mojej Mamy.

Chcecie jeszcze? Takich historii mam na pęczki. Na przykład kiedyś w Wenecji mój Mąż przeżył załamanie nerwowe, kiedy ze łzami w oczach oświadczył, że on już dłużej nie wytrzyma, że on już musi kupić sobie chociaż kawałek mrożonej pizzy z okienka za 4euro za trójkącik, że nie da rady wejść do kolejnego kościoła, przeżywszy cały dzień na paczce grissini. Na trzy osoby.

Nie, nie. Moja Mama nie ma w planach zamęczyć i zagłodzić swoich towarzyszy podróży. Moja Mama po prostu żyje sztuką.

Dlaczego więc ciągle jeździmy gdzieś z moją Mamą? Czy nie uczymy się na błędach?

Ano, jeździmy z moją Mamą, bo moja mama jest człowiekiem z pasją. Kiedy moja mama znajduje element, który ją fascynuje, to aż jej oczy błyszczą i emanuje tą fantastyczną energią, która sprawia że jesteś największym fanem rzeczy, koło której jeszcze chwilę wcześniej przeszedłeś obojętnie. I potem pamiętasz tę rzecz i pielęgnujesz to wspomnienie jako jedno z najcenniejszych z całego wyjazdu.

Tym razem nie styczeń, a październik. Nie Anglia, a Włochy. Jesteśmy w Gallerie dell’Accademia. Duża, zaciemniona sala, cicho, trochę mroczno. Właśnie minęłam Madonnę Belliniego, za kilka kroków spodziewam się Boscha. Po drodze omiatam wzrokiem kilka pejzaży i scenek rodzajowych. Moja Mama staje przy jednym. I nagle słyszę ciche: „Woooow. La tempesta”!

Takim krzykiem, tylko że szeptem. Kojarzycie, co mam na myśli?

Oczywiście odwracam się na pięcie i patrzę na obraz, któremu jeszcze chwilę wcześniej poświęciłam może 30 sekund. Powiecie, że ignorancja? Pewnie trochę tak. Ale historykiem sztuki nie jestem, i chociaż staram się pieczołowicie przygotowywać do każdego wyjazdu, to niestety wszystkiego nie wiem. Przyznaję się bez bicia.

Moja Mama wyciąga za to palec wskazujący, pokazuje na niewielki w sumie obrazek i mówi: „To, o czym tak naprawdę jest ten obraz, do dziś nie jest do końca jasne. Ale nawet nie o to chodzi? Widzicie te chmury? To światło, które się przez nie przebija? Spójrzcie, ci ludzie jeszcze są spokojni, ale za chwilę rozpęta się wielka wichura. Ten obraz to jedno z pierwszych dzieł, w których udało się uchwycić tak dramatyczną chwilę. No popatrzcie tylko, umiecie wyczuć to napięcie”?

La Tempesta. Źródło: https://www.stilearte.it/i-tarocchi-della-tempesta-di-giorgione-i-due-personaggi-incarnano-fortezza-e-carita/

I wiecie co? Tego dnia widziałam jeszcze wiele innych dzieł sztuki. W końcu, jakby do powiedzieć, w Wenecji ich nie brakuje. Wielu z nich nie umiem już dzisiaj nazwać, a o większości w ogóle zapomniałam. Ale la Tempesta nie jest jednym z nich.

Tak, moja Mama jest lepsza niż Wikipedia. Nie dość, że przetwarza dane w ciągu sekundy, to przedstawia je w przystępnej formie, bez konieczności dostępu do Internetu, i to w dodatku z efektami specjalnymi. Szczerym zachwytem.

Ale ostrzegam, gdyby komuś zachciało się takiego przewodnika turystycznego, musi też mieć silną wolę. Żeby oderwać ją od zwiedzania chociaż w porach karmienia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *