Inspiracje,  Przemyślenia

Panie Robercie, uwielbiam Pana!

Okay, chwila intymności. Mam nadzieję, że nie zostanie to wykorzystane przeciwko mnie na ewentualnej rozprawie rozwodowej, ale… uwielbiam Roberta Makłowicza. A z resztą, uwielbiamy z Mężem wspólnie.

Chociaż wieść gminna niesie, że w kontaktach bezpośrednich nie jest najmilszym i najłatwiejszym z ludzi, to ponieważ osobiście pana Roberta nie znam, jest mi to absolutnie obojętne. I zupełnie nie przeszkadza mi to w byciu jawną wielbicielką jego programów.

Cóż, może niekoniecznie tych pierwszych sprzed dwudziestu lat, kiedy akcja toczyła się niezbyt wartko, a prowadzący dopiero zyskiwał obycie przed kamerami, ale odcinki z przeciągu, powiedzmy, ostatnich kilkunastu lat? Sztos! I naprawdę nie zauważam już tej… specyficznej melodyki głosu, z której swego czasu śmiali się Paranienormalni. I nie tylko oni 😉

Makłowicz zwiedza świat i dostarcza miliona ciekawostek o odwiedzanych miejscach. I często są to ciekawostki, których nie znajdzie się na pierwszych stronach przewodników. Obecnie jego programy to nie tylko gotowanie, ale przede wszystkim dostarczanie wiedzy. I to mi się podoba. Robert opowiada w sposób, który sprawia, że dane miejsce to nie tylko piękne widoki czy zabytki z kategorii „must see”, ale rzeczywistość osadzona w konkretnym czasie i przestrzeni. Nie tylko kolorowe fotografie z przewodników czy Instagrama, ale miejsce, gdzie żyją ludzie. I oczywiście ludzie jedzą. Uwielbiam to, że kiedy Makłowicz gotuje (albo ktoś gotuje dla niego), to potrawa ta ma swoją historię, a raczej historyczne i społeczne uzasadnienie, by zjeść ją w miejscu, które akurat Robert odwiedza. I, co istotne, nie musi być to akurat specjalność kuchni regionalnej.

Makłowicz odwiedza i miejsca komercyjne, o których każdy gdzieś kiedyś słyszał, i miejsca, które zdecydowanie nie stanowią „top ten” destynacji. I ciężko zdecydować, które odcinki ogląda się lepiej, bo w przypadku miejsc dobrze nam znanych Robert zawsze opowie jakąś historię czy porozmawia z takimi ludźmi, którzy sprawią, że spojrzymy na to miejsce z zupełnie innej strony. A jeżeli pokazuje miejsce z kategorii tych nieznanych, no to… sami rozumiecie. Odpalacie teleporter.

Poza tym przyjemność z oglądania Makłowicza mamy nie tylko dlatego, że pokazuje on dobre jedzenie w fajnych miejscach, a my lubimy i jeść, i podróżować. Niebywałą frajdę sprawia nam słuchanie języka, którym pan Robert się posługuje. A jest to język polski, język giętki i niekiedy też język cięty. W dodatku, i tego nie da się ukryć, Robert Makłowicz jest najprawdopodobniej mistrzem Polski w kategorii „posługiwanie się metaforą”.

Mamy w domu taką tradycję. W niedzielę zasiadamy do śniadania i zamiast, jak rzecz jasna być powinno, uprawiania trudnej sztuki konwersacji, włączamy tv i „odpalamy Makłowicza”. Wybieramy sobie tylko kierunek i udajemy się w podróż. Przy stole. I zwykle tak to się jakoś kończy, że zaraz potem odwiedzamy portale linii lotniczych czy też inny Booking.

W każdym razie, co by nie było, programy Roberta Makłowicza to skarbnica inspiracji.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *