Podróże,  Przemyślenia

To nie żaden Shire

Ten kraj to nie Shire, a z jego mieszkańców żadni hobbici. I chociaż krajobrazy wydają się pochodzić rodem z Tolkiena, Wyspy Owcze tylko z zewnątrz przypominają idylliczną krainę. Mimo, iż ta bajkowość to tylko warstwa zewnętrzna, to nie jest ona przywdziewana na pokaz dla nas, ludzi z zewnątrz. Farerzy są ponad to. Ta sielskość, anielskość wychodzi im naturalnie, bo jak ma nie wyjść, kiedy to ludzie serdeczni i uczynni, a na każdym kroku puchata owieczka i chatki pokryte trawą. Jeśli do tego będziemy mieć szczęście i te chatki ozłocą promienie słońca, to jak ma się nam nie wydać, że to raj na ziemi, gdzie jest lepiej, bo życie wolniejsze, bo blisko natury, bo nie ma smogu, korporacji i wyścigu szczurów, a dzieci zamiast wpadać w uzależnienia od gier komputerowych nadal bawią się na dworze?

Kiedy jednak przebijemy się przez tę warstwę zewnętrzną, odkryjemy, że Farerzy to ludzie twardzi i nieustępliwi niczym skały, na których przyszło im stawiać domy, z twarzami osmaganymi wiatrem, przed którym często nie sposób się skryć. To ludzie, którzy nie łatwo darzą zaufaniem i którzy niechętnie dopuszczają do siebie obcych.

I nie tak trudno im się dziwić, gdy pomyślimy o świecie, w którym przyszło im żyć. Maleńki wyspiarski kraj. Bazaltowe góry wyrastające wprost z Atlantyku. Cienka warstwa ziemi, która nie rodzi zbyt wiele. Średnia temperatura latem to ok. 11-12 st. Celsjusza. Wietrznie albo bardzo wietrznie. Albo bardziej niż bardzo wietrznie. Mgliście, deszczowo i dżdżyście. Na przemian.

Milutko?

A co jedli? Nie bardzo mogli sobie pozwolić na mięsiste pomidorki, pachnącą bazylię, parmegiano regiano, czy też inne fois grois. Skoro ziemia rodzi niewiele, podstawą diety musiały być zwierzęta. Spośród tych do wyboru wyspiarze mieli przede wszystkim owce, ryby, dzikie ptaki i trochę krów. Ale krowa daje mleko, więc krowy szkoda. Owce dają wełnę, bez której ciężko przeżyć, więc owiec też trochę szkoda. Na szczęście owiec nie może być też na wyspach za dużo, bo zabraknie dla nich trawy. Bo Farerzy mają wyliczone, ile owiec można utrzymywać stale na archipelagu, to jest ile owiec archipelag jest w stanie wyżywić. No to jedli owce „nadprogramowe” (do dziś miłość do baraniny jest na Farojach tak wielka, że muszą ją importować aż z Nowej Zelandii (sic!) ). Poza tym w grę wchodziły dzikie ptaki. Może to i gorsze niż kurczak, ale z braku laku i to dobre. Dzikie ptaki niosą też jajka, a jajka to pożywne i wartościowe jedzenie. Tylko że dzikie ptaki najbardziej lubią sobie mieszkać w górach i na klifach, więc też upolowanie takiego ptaka to też nie to samo, co złapanie kury w kurniku. Farerzy więc z wspinania/opuszczania się na linach na klifach i polowania na ptaki uczynili prawdziwą sztukę i dziś postrzega się to wręcz w kategorii dyscypliny sportowej, ale uwierzcie mi, jest to diabelnie niebezpieczne i nie polega na surfowaniu po pyszne.pl. I w końcu ryby. Ryb Farerzy mogą mieć pod dostatkiem, w końcu nigdy do wody nie mają dalej, niż 5 km, co jest już zwrotem o tyle wyświechtanym, co prawdziwym. Tylko że jeżeli chcesz wyżywić wioskę, to czy będziesz liczyć na łut szczęścia, że złapiesz wystarczająco dużo na wędkę? Rzecz jasna trzeba wypłynąć w morze. A raczej w ocean. A ocean nie zna litości. Wody opływające Wyspy Owcze są trudne. W osłoniętych i w miarę, wydawałoby się, bezpiecznych wodach fiordów potrafią wytwarzać się prądy płynące z prędkością nawet 8 węzłów. Często są sztormy, a im pora roku zimniejsza, tym sztormów więcej. A przecież zimą też jeść trzeba. Niejaką legendą obrosła już historia jednej z wiosek, w której w wigilię Bożego Narodzenia zginęli na morzu wszyscy mężczyźni w sile wieku, a na lądzie pozostało tylko dwóch chłopców i 70-letni starzec.

O dziwo też, co nie jest wiedzą powszechną, na Wyspach Owczych raczej nie zdarza się mróz. Powstawał więc problem przechowywania jedzenia w czasach przed erą lodówkową. Ponoć jest tu zbyt wilgotno, by pozyskać sól z oceanu, Farerzy wymyślili więc autorski (a jakże!) sposób polegający na powolnym suszeniu mięsa i jego jednoczesnym fermentowaniu. Nie chciałabym powiedzieć, że jest to nieco odrażające, może raczej, że nie kojarzy mi się z nektarem i ambrozją, chociaż wyspiarze twierdzą, że jest to bardzo dobre. A skoro tak mówią, to na pewno tak jest.

W kwestii pożywienia bardzo ważnym jego elementem jest także mięso morskich ssaków. Nie trzeba karmić, samo podpływa, wystarcza dla kilku rodzin i w dodatku nic, nic się z tego ssaka nie marnuje (wiecie, z czego przed epoką wszelakich gum szyto stroje dla rybaków? No to już wiecie). Dziś ten temat jest bardzo szeroko komentowany na świecie, i pewnie większość z was ma już wyrobioną własną opinię.

Ale gdyby te warunki atmosferyczne i zwyczaje kulinarne nie były wystarczającą odpowiedzią na pytanie, dlaczego Wyspom Owczym do Shire trochę brakuje, jest jeszcze jedna sprawa.

Kto z nas, ludzi w większości z dużych miast, nie odgraża się raz w miesiącu, że rzuci to wszystko i wyjedzie w Bieszczady? Kiedy od godziny stoisz w korku? Kiedy super kumpel z pracy przypisuje sobie twoje zasługi? Kiedy dzieje się dużo innych fajnych rzeczy, na przykład właśnie masz wychodne, bo dzidziutek zasnął, a pod Lidlem zabrakło miejsc do parkowania?

A teraz wyobraź sobie, że żyjesz w wiosce, w której mieszka na stałe około 20 osób. A może 15? Domów razem z zagrodami może ze sześć. Nawet kościoła nie macie. Z ludźmi spoza wioski spotykacie się rzadko, czasami wcale, bo po co by mieli tu przychodzić, albo po co wy mielibyście iść do nich? Z jednej strony fiord, a z drugiej skały, skały i skały. A za tymi skałami znowu woda. Izolacja. Trochę z wyboru, trochę z przypadku, a trochę to w ramach spadku, bo i dziadek tak żył, i ojciec tak żył, i moje dzieci też już tak żyją. Na wyspie Vagar na przykład jest miasteczko, które nie miało nawet własnego cmentarza, więc trumnę trzeba było nieść przez góry do najbliższego miasteczka przez ok. 2 godziny. Do dziś kamień, tak zwany „kamień zwłok”, na którym przystanek robili sobie mężczyźni niosący trumnę, uchodzi za ciekawostkę i atrakcję turystyczną. Dziś ta izolacja to trochę już historia. Drogi są nowe i porządne, a większość wysepek łączą tunele lub mosty. Dziś transport jest znacznie, naprawdę znacznie ułatwiony (co nie znaczy, że Farerzy, zwłaszcza ci starszej daty, zaczęli tak się znowu po wyspach wałęsać).

Jeżeli w Bieszczadach, jak już to wszystko rzucisz, będziesz szukać ciszy, spokoju i bliskości natury, to Wyspy Owcze stanowią tu róg obfitości. Na Wyspach Owczych natura jest wszechogarniająca, ale nie przytłaczająca. Budzi lęk, ale taki lęk, który łączy się z podziwem. Spacer po Wyspach, chociaż w chłodzie, ładuje baterie jak mało co. Napawa spokojem i wycisza. I pozwala też na zmierzenie się z własnymi słabościami w wielu odsłonach (jeżeli myślicie, że szczyty Farojów to żadne Himalaje, to wyzywam was, zdobądźcie je i powiedzcie, że było łatwo).

To właśnie wszystkie te czynniki sprawiły, że dzisiejsi Farerzy, chociaż przecież żyje im się dużo łatwiej niż jeszcze sto, a nawet pięćdziesiąt lat temu, są ludźmi tak wyjątkowymi. Z jednej strony troskliwi, uprzejmi, arcyuczynni, o wielkich sercach, z drugiej twardzi, nieco nieprzystępni i zdecydowanie niepałający miłością do turystów. Natura, żywioł i ciężka historia narodu bardzo żywo funkcjonuje w ich zbiorowej świadomości i zdaje się, że uważają oni turystów za intruzów, którzy nie będą w stanie zrozumieć, co to znaczy tak naprawdę żyć na Wyspach Owczych. I, szczerze mówiąc, ciężko im się dziwić.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *