Podróże,  Przemyślenia

Ja podróżnik, czyli czego obecna sytuacja mogłaby nas nauczyć, gdybyśmy zechcieli jej na to pozwolić?

Nie tak odległe czasy sprzed pandemii to czasy mikroświata. Świat się skurczył, nie tylko dzięki nowym technologiom, za pomocą których możemy w czasie rzeczywistym porozmawiać z kimś czy podejrzeć, co się dzieje tysiące kilometrów dalej, ale dzięki dostępności szybkiego transportu. Przyznajcie się – ile lotów musieliście odwołać przez koronawirusa?

W zasadzie pasja podróżowania w XXI wieku stała się pewnego rodzaju standardem, a nawet oznaką dobrego stylu. Po prostu nie wypada nie lubić podróżować. Nie wypada nie jeździć i nie bywać. Blogów i vlogów podróżniczych (czy o tematyce okołopodróżniczej) jest milion (sic!), na wszelkiego rodzaju gadżetach podróżniczych można zrobić majątek, a mapka zdrapka świata jest obowiązkowym elementem wyposażenia wnętrza, O ILE oczywiście ma mało niezdrapanych obszarów.

Nie ma oczywiście w tym nic złego, tak generalnie rzecz ujmując. Ale niepokojące jest to, że w tym szybkim, kolorowym, konsumpcyjnym świecie (do którego pewnie w jakiś czas po kwarantannie wrócimy) podróżowanie stało się celem samym w sobie. Mam wrażenie, że w coraz większej liczbie przypadków chodzi po prostu o to, żeby pojechać, cyknąć fajne fotki na insta, wrócić. I kolejne miejsce, kolejny kraj. Synonimem luksusu przestała być Hurgada. Teraz na poziomie jest selfie na słoniu, czort z tym, jak ten słoń jest traktowany.

Jestem członkiem ogromnej liczby fanklubów i fanpage’y podróżniczych. Panuje taki zwyczaj, że w okolicach sylwestra jego członkowie podsumowują podróżnicze dokonania mijającego roku. Często są to wpisy naprawdę inspirujące, przez które aż chce się pakować walizkę. Ale zdarzają się, i to wcale nierzadko, posty w stylu: „w roku 2019 zaliczyłam 20 stolic” albo „46 lotów, 58 rejsów, 15 pociągów, 34 granice – liczę na więcej w przyszłym roku”.

I zaczyna się kręcić w głowie od nadmiaru pięknych zdjęć i liczby miejsc do odhaczenia. Co więcej, nagle okazuje się, że niektóre kierunki (nawet te z dawna wymarzone) są już passe. Tam już było milion osób, sfotografowano wszystko, co było do sfotografowania, więc nie ośmieszaj się człowieku. Teraz leci się albo na ilość (Tamta zwiedziała tyle krajów? No to bukuj nowe bilety!) Albo na „jakość” (jedyna w swoim rodzaju kolacja z prawdziwymi Masajami!).

I oczywiście temu wszystkiemu przyświeca jeszcze jedna myśl, której nie powiemy na głos, ale… niech mi zazdroszczą! Podróżowanie stało się towarem takim jak wszystkie inne.

I nagle pojawiła się pandemia. Okazało się, że bardzo łatwo jest zamknąć granice państw (że one jednak istnieją??), za to trudniej patrzeć sąsiadowi w oczy. Posiadacze mieszkań z ogródkiem stali się nowymi burżujami, właściciele domków na wsi nową szlachtą,  a podróżowanie dobrem luksusowym.

Ale skoro podróżowanie jest dobrem luksusowym, dlaczego tak spowszedniało? Przecież, jeżeli coś jest luksusowe, to znaczy, że jest wyjątkowe, a jeżeli jest wyjątkowe, to czy nie powinno być traktowane z szacunkiem? A nawet jeżeli, co by to miało oznaczać?

Otóż, wydaje mi się, że ten czas kwarantanny może przypomnieć nam, o czym w podróżowaniu tak naprawdę chodzi. I – o dziwo – nie chodzi o zrobienie fajnej fotki na insta (a przynajmniej nie tylko). Podróżowanie to poszerzanie swojej wiedzy o świecie i ludziach, którzy w tym świecie mieszkają. Dzięki podróżowaniu możemy na własne oczy zobaczyć miejsca inne niż te z najbliższego otoczenia, poznać innych ludzi i dowiedzieć się, jak żyją i dlaczego właśnie tak, a nie zupełnie inaczej. Poprzez podróżowanie możemy też lepiej poznać i zrozumieć samych siebie. Takie podróżowanie to nie jest towar powszedni. To jest towar zupełnie wyjątkowy, nawet jeżeli dostępny od ręki.

To trochę tak jak z piciem herbaty. Można pić Liptona w torebkach, ale można też parzyć Oolonga. Pierwsze rozwiązanie jest idealne w naszym szybkim świecie. Ale czy zawsze dużo i szybko znaczy lepiej? W końcu, nie trzeba już chyba dzisiaj przekonywać nikogo o wyższości slow food’u nad fast food’em?

A tak na marginesie – nie ma chyba nikogo, kto będąc w Wenecji, nie zrobił zdjęcia gondoli. Zdecydowanie mniej osób widziało La Tempestę, więcej przepłaciło za obiad. Przyszła epidemia i już nikt nie robi zdjęć gondoli, nie ogląda obrazów ani za nic nie przepłaca. Ale do Wenecji wróciły delfiny…

Oczywiście, kiedy pandemia się skończy, a restrykcje zostaną zdjęte, znów wrócimy do podróżowania. Życzyłabym sobie i Wam, byśmy dzięki pandemii przypomnieli sobie, co to znaczy podróżować mądrze. I właśnie tak podróżowali. Może wtedy posty podsumowujące podróżnicze dokonania za 2020 rok zamiast od słów: „zaliczyłam” będą zaczynały się od: „poznałam”. Brzmi lepiej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *