Przemyślenia

Dlaczego nie jeść piasku z plaży (nad Bałtykiem)?

W ostatnich dniach sporo moich znajomych (z Facebook’a) zmienia swoje profilowe zdjęcia poprzez dodanie do nich ramek, czym akcentują swoje zaangażowanie polityczne. W końcu czas na to jest bardzo dobry, bo zaraz wybory, więc i nastroje takie jakoś polityczne.

Pomyślałam więc, że to idealny czas, żeby poruszyć nieco inny, jakże w mojej ocenie ważny, temat, który n i e s t e t y nie wzbudza w zasadzie żadnych medialnych emocji. Dlaczego? No wydaje mi się, że dlatego, że po pierwsze nikt się tym tematem nie czuje dotknięty osobiście (więc i temat nie jest tak pasjonujący), a po drugie na temacie tym raczej nie da się zarobić, a można pewnie tylko do niego dołożyć.

A, no i nie gwarantuje niestety wygranej w wyborach, bo chyba jednak zasięg wyborców za mały. A może nie?

Chodzi mianowicie o Bałtyk i to, co na jego dnie (czasem tylko trochę głębszym od ogrodowego basenu) leży, i co to może nam – mieszkańcom oraz (nad)morskiej faunie i florze zrobić. Temat ten jest dla mnie zagadkowo nieporuszany, choć to, że w końcu wypłynie, jest tak pewne, jak druga fala pandemii na jesieni. Nikt nie pyta, czy będzie, tylko z jakim natężeniem. A mimo tego, jak (tu słowo niepochodzące od imienia Jan, ale od tego drugiego) osoby stoją na deptaku w kolejce po lody czy gofry, to nikt się nawet nie zastanawia, czy warto zachować ten odstęp większy niż szyja osoby z przodu.. to tak na marginesie.

O co chodzi? Otóż nie będę się rozwodzić nad szczegółami zjawiska, bo kto zainteresowany, znajdzie na ten temat tyle rzetelnych artykułów w sieci, tyle wydruków badań naukowych i opracowań historycznych, że jeszcze będzie mógł sam z tego szkolić. Ale w głębokim skrócie:

Bałtyk jest morzem nisko zasolonym, stosunkowo zamkniętym, co sprawia, że wymiana wód z innymi akwenami jest u niego bardzo ograniczona. To ważna informacja na początek.

Druga ważna informacja to taka, ze w trakcie II wojny światowej i już po jej zakończeniu, mniej lub bardziej w ramach wykonania traktatów pokojowych, na dnie Bałtyku spoczęły tony toksycznych substancji (głównie broni chemicznej).

Co to znaczy na dnie? W przypadku polskich wód terytorialnych to czasem ok. 15 metrów. Dużo czy nie dużo, jak uważasz?

Czy ten cały toksyczny materiał z dna Bałtyku może się wydostać? Otóż może i wydostaje się. Sama wielokrotnie słyszałam historie o rybakach (zwłaszcza z Bornholmu), którzy wyciągali w sieciach najczęściej przeciekające beczki, z których wydostawało się „coś”, a potem trafiali do szpitala. Czy przejmowałam się tymi historiami za zbytnio? szczerze mówiąc, nie bardzo, bo traktowałam  je trochę jak przysłowiowe legendy miejskie. Ktoś, gdzieś, kiedyś słyszał. Sama łowiłam dorsze na Bałtyku i nawet przez ułamek sekundy nie przyszło mi do głowy, żeby na wszelki wypadek sprawdzać, co wyławiam (czy jest to sama ryba, czy coś jeszcze). Ale jakoś tak powoli zmienia mi się optyka. Chyba przez pandemię zaczęłam zwracać jeszcze większą uwagę na środowisko, w którym żyję.

Połowy rybackie to najczęstszy sposób przypadkowego wydobywania owych toksycznych materiałów z Bałtyku. Ale przecież czasem zdarza się, zwłaszcza, jeżeli taki materiał leży sobie całkiem blisko plaży, na niedużej głębokości, że i ostrzejszy sztorm może go przemieścić i wyrzucić na ląd.

O co chodzi natomiast z tymi cechami geograficznymi Bałtyku, o których mówiłam na początku? Otóż niskie zasolenie sprawia, że beczki, w których umieszczane były toksyczne substancje, bardzo wolno korodują. Jak wolno? Ano ponoć na tyle wolno, że akurat w okresie 80-ciu lat mogły już częściowo pokorodować. A ile czasu minęło od wojny? Przypomnę, mamy AD 2020…

Czy natomiast to, że Bałtyk jest morzem stosunkowo zamkniętym, ma znaczenie? Tu istotne jest, że część z toksycznych materiałów z beczek, po zetknięciu się z chłodną morską wodą, przybiera postać stałą i osiada na dnie. Gdyby Bałtyk był akwenem otwartym, o silnych prądach, byłaby szansa, że materiały te zostaną w naturalny sposób przeniesione gdzieś na dno Oceanu Atlantyckiego, który – podpowiem – jest nieco głębszym akwenem. Niestety, szanse na to są raczej nikłe.

Co więc powyższe oznacza? Ano sytuacja jest taka – na dnie Bałtyku mamy toksyczne materiały, które w każdej chwili mogą zostać wyrzucone (nawet bez dodatkowej ingerencji człowieka) na brzeg morza. A jak wygląda nasz brzeg morza? Przypomnę, głównie piaszczyste plaże, które w covidowej rzeczywistości będą za kilka dni czarne od turystów (albo kolorowe od parawanów, jak kto woli). Czy ci turyści mogą być narażeni na działanie materiałów toksycznych? Tak – część z tych materiałów po wyrzuceniu na brzeg wygląda jak kamyczki, a nawet bursztyny. Tylko takie kamyczki z opóźnionym zapłonem, bo są silnie żrącymi truciznami. Niektóre w zetknięciu ze skórą potrafią się zapalić (kojarzycie tę scenę z serialu Czarnobyl, kiedy strażak dotyka czarnej skały i ląduje po paru dniach w szpitalu?). Jeżeli dziecko weźmie taki kamyczek do buzi, to prawdopodobnie umrze.

Moje dziecko nie tak dawno postanowiło dla sportu zjeść trochę piasku. Chwilę potem zaczęło się mocno krztusić. Prawdopodobieństwo, że trafiło na taki kamyczek, było małe, ale i tak serce mi na chwilę stanęło. Na szczęście było tylko trochę dyskomfortu związanego z zasypaniem sobie piachem gardła.

Czy turysta może się jeszcze w jakiś sposób zetknąć z tymi materiałami? Otóż, pamiętajmy, że jeżeli wydostaną się one z beczek, i mają postać stałą, to co do zasady osiadają na dnie. A na przykład taka fląderka, zanim ją kucharz usmażył na zeszłorocznym tłuszczu, to sobie właśnie na tym dnie żerowała. Pyszne?

O co mi właściwie chodzi, kiedy o tym piszę? Chciałabym osiągnąć dwa skutki. Po pierwsze chciałabym, żeby więcej ludzi o tym problemie wiedziało. Nie żeby straszyć – ale żeby uświadamiać. Chyba nie ma nikogo, kto choć raz nie był w życiu nad polskim morzem. Większość z nas trafi tam w tym roku, w obawie  przed wyjazdami zagranicznymi. Dlatego chciałabym, żeby więcej osób było świadomych, że czasami dziwnie wyglądająca masa na piasku to nie jest coś, co należy od razu brać do ręki. I bądźcie też świadomi, że świeża rybka prosto z kutra o 17-tej to raczej magia w najczystszej postaci. Wybierajcie mądrze!

Ale już nawet nie o Wasze niepoparzone rączki i pełne brzuszki dzięki chodzi mi najbardziej. Najbardziej, to bym chciała, żebyście i Wy, i ja, nie mieli ryzyka poparzenia brzuszka i jedzenia syfu. Żeby rząd, lokalne gminy i inne powołane do takich celów instytucje problemem się zajęły. Problem był badany, jest znany nie od dziś, i jakoś nikt go nie rusza. Zupełnie tak, jakby śmierdział. A ja bym chciała móc wejść do morza i nie zastanawiać się na tym, czy to nie jest aby niebezpieczne. I zjeść tłustą rybę bez uznawania, że to wyłom od zdrowej diety (a niby mówili, żeby jeść ryby!). Z pewnością jest z tym tematem wiele problemów tak problematycznych, że nikt się tym u nas na poważnie nie zajął. Nie wnikam. Ale może taki okres przedwyborczy to dobry czas, żeby opinia publiczna zaczęła mówić o tej kwestii, bo w dłuższej perspektywie na oczyszczaniu Bałtyku można tylko wygrać. Mniej toksyn w Bałtyku to bezpieczni turyści i mieszkańcy Pomorza, to więcej zdrowych ryb (zdrowych także w znaczeniu zdrowia samych ryb, w końcu te toksyny im też szkodzą), wreszcie uniknięcie katastrofy ekologicznej.

Ja rozumiem, że z tym się na pewno wiążą koszty. Ale jeżeli ten cały syf kiedyś wypłynie na dużą skalę, to skutki ekonomiczne katastrofy ekologicznej z pewnością będą o wiele dotkliwsze.

To zupełnie tak, jak jesienna fala pandemii. Jeżeli tego dziadostwa będzie bardzo dużo, to nie chcę myśleć o skutkach ekonomicznych drugiego zamrożenia gospodarki.

A dla ciekawskich podaję jeden link do raportu NIK w tej sprawie. Po więcej wystarczy wpisać tylko odpowiednie hasło w wyszukiwarce internetowej.

Aaaa, i jakbyście zastanawiali się, dlaczego nie jeść piasku z plaży, to podpowiem, że nie dlatego, że pieski siusiają..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *