Inspiracje,  Podróże,  Przemyślenia

5 stolic w 5 dni, czyli jak się porządnie (i mądrze) nazwiedzać

Mój tata przez jakieś 145 lat pracował jako pilot wycieczek/przewodnik turystyczny po krajach Europy Zachodniej, w szczególności krajach frankońskich. Wycieczka „5 stolic  w 5 dni” była jednym z naszych prywatnych żartów dotyczących tego, jak nie podróżować. Tego typu wycieczka pojawiała się dość często w zleceniach mojego taty – cieszyła się sporym wzięciem, zwłaszcza od kiedy w sprzedaży pojawiły się kompaktowe i tanie cyfrówki. I tak w mniej niż tydzień można było sobie pstryknąć foto z warszawską syrenką, murem berlińskim, tym chłopaczkiem, co sika w Brukseli, z rowerem na moście nad rzeką Amstel, w końcu z widoczkiem na wieżę Eiffle’a. Super, co? Tego typu wycieczki miały początkowo to do siebie, że były dość kosztowne, więc zwykle trochę śmialiśmy się z osób, które się na nie zapisywały. No bo owszem, stać te osoby było na niemalże ekskluzywną podróż (omówmy się, to jednak nie jest pobyt w Hotel de Paris w Monako), ale – oprócz fajnego zdjęcia – czy coś z takiego wyjazdu faktycznie wynosiły (poza toną pamiątek, czasem i tych błyszczących z Amsterdamu czy, dajmy na to, Antwerpii, jeśli się trafiła)? Raczej nie – i pokuszę się o stwierdzenie, że nic więcej im do wyniesienia z wyjazdu potrzebne nie było, a ewentualna wiedza, którą mogłyby przez przypadek podczas podróży pozyskać, nie znalazłaby zwyczajnie podatnego gruntu 😊

Auć – nie to, żebym kogoś krytykowała, co to to nie (chyba?), ale…

Przez lata zmienił się nieco styl podróżowania, bo i podróżowanie stało się tańsze. Kiedy nastała era tanich lotów, w zasadzie wyłączną przeszkodą w mądrym podróżowaniu stały się tylko nasze własne ograniczenia. I nie mówię tu o ograniczeniach ruchowych czy alergiach pokarmowych 😉

O co mi chodzi z tym mądrym podróżowaniem?

Otóż jeżeli słyszę, że ktoś chce „zaliczyć” jakieś miejsce, to zwyczajnie mnie serducho boli. Bo trochę przyzwyczailiśmy się do tego, że łatwo jest dostać się tam, gdzie chcemy, i pstryknąć sobie selfie z najbardziej pożądaną atrakcją instagrama. Coś, co kiedyś było przywilejem, tak nam spowszedniało, że człowiek przestał nieco doceniać ogrom możliwości, jakie płyną z łatwości w przemieszczaniu się. W zasadzie myślałam, że coś w tym naszym wielkopańskim podejściu zmieni covid, który na moment nam przypomniał, że nie ma to jak móc swobodnie wyjść na dwór, a posiadacze ogródków działkowych przez moment zamienili się w latyfundystów. Ale – jako że człowiek jest zwierzęciem, które się łatwo przyzwyczaja do dobrego, szybko wracamy do starych nawyków.

Wobec tego chciałam powiedzieć, że jeżeli ktoś głównie podróżuje dla selfiaków i kolejnego miejsca do zdrapania na mapce zdrapce, to mógłby sobie darować. Niepotrzebnie zwiększa emisję CO2, natura zdecydowanie preferuje, kiedy człowiek siedzi na pupie i nie zapycha lotnisk czy tam innych autostrad. Ale jeżeli już decydujesz się na podróż, to nie rób tego na pokaz, ale zrób to tak, żeby skorzystała na tym cała twoja skromna persona. Nie spiesz się. Zachwyci cię malutkie miasteczko? Zatrzymaj się. Zauroczy cię pastwisko pełne owiec? Może trafisz na przepiękny wodospad podczas pieszej wędrówki? Pozwól sobie na ociąganie się w knajpce, w której dają pyszne regionalne jedzenie.

Przez chwilę zapomnij, że trzeba zaliczyć to czy tamto, bo inaczej nie będzie się komu pochwalić. A kiedy już dojdzie do „zaliczania” tego czy owego, to proszę, proszę, nie rób tego powierzchownie. Znacie kogoś, kto był w Rzymie, a na pytanie, co tam widział, to odparł, że jadł zaj**tą pizzę i ma fotkę z tą fontanną, co to się kąpać w niej nie można. Ale że 3 dni to zdecydowanie za dużo.

 Serio?

Jeżeli nie interesuje cię zupełnie miejsce, które chcesz odwiedzić, to po co tam jedziesz? 😊 nie jedź, kup za to dzieciom coś fajnego 😉 a jeżeli jednak cię tam ciągnie, chcesz wiedzieć, o co ludzie robią tyle szumu, ale nie jesteś wielkim fanem zwiedzania, to… zrób to mądrze!

Nie każdy musi być miłośnikiem sztuki, historykiem czy geografem, żeby naprawdę poznać i docenić miejsce, które odwiedza. Czasami wystarczy poczytać odrobinę (nawet pierwsze rekordy w Googlu), by nabrać rozeznania, dlaczego dane miejsce jest polecane do odwiedzenia, i czy na pewno cię te atrakcje interesują. Jeżeli mimo niewielkiego entuzjazmu dalej chcesz tam jechać (no bo wszyscy już byli, więc nie możesz być gorszy), to pozwól sobie… rozwinąć skrzydła. Pozwól się sobie zainteresować, tak, żeby twoja podróż nie sprowadzała się do przejazdu, cyknięcia fotki i picia drinków przez resztę dnia. Drinki możesz pić i we własnym mieście, naprawdę, z pożytkiem dla świata.

Jak więc to zrobić, żeby się nazwiedzać w sytuacji, w której się do tego przyzwyczajonym nie jest? Uwaga – zakładam tutaj, że nie mówimy o wyjazdach polegających głównie na aktywności fizycznej (piesze wędrówki, narty, żagle etc.).

Nie – skupię się tutaj na sytuacji, w której trafiamy poza typowe łono natury. Otóż jak wykrzesać w sobie odrobinę entuzjazmu dla sztuki, architektury czy zwyczajnie obcej kultury, kiedy guzik nas to wszystko interesuje (pomijając ogólny postulat: nie interesuje, to siedź na pupie w chałupie)? Postaram się wyjaśnić na przykładzie. Otóż wyobraźmy sobie, że w pewnym mieście jest bardzo słynny pomnik. Wszystkie przewodniki mówią, że ten pomnik to koniecznie trzeba zobaczyć. Jak mus to mus, lecisz pod pomnik i cykasz fotkę, zapominasz. Ale chwileczkę! Może ten pomnik przedstawia słynnego gościa. Ok, ale dlaczego słynnego? Co on takiego zrobił, że akurat ludzie z tego miasta postanowili go na pomniku umieścić? Czy aby na pewno wszyscy myślą, że ten gość to taki wart pomnika? A może nie? Czy u nas też się tak uważa? A dlaczego? A może ten gość był znany, ale za to paskudny, bo miał romans z żoną kolegi? A była ładna? A może ten pomnik przedstawia tylko trochę słynnego gościa, ale za to wykuł go absolutnie znany rzeźbiarz. Kiedy go wykuł? Na czyje zlecenie? Czy mu za to zapłacili? Dużo? Czy ja bym umiał tak samo jak ten gość taki pomnik zrobić? Czy ten pomnik jest wyjątkowy pod jakimś względem? Może jest zrobiony z materiału, który, żeby go zdobyć, musiały oddać życie trzydzieści trzy dziewice? A może ktoś go komuś ukradł? Kiedy? Kto i dlaczego? I czy poniósł karę? A może ten pomnik waży 3 tony, a ustawiono go na główce od szpilki i od 200 lat wszyscy zastanawiają się, jak to działa? 

Gwarantuję wam, jeżeli się wejdzie w takie smaczki, to się jeszcze miło nazwiedzacie. Spędzicie waszą podróż zaciekawieni, zadowoleni z odkrycia, a następnie usatysfakcjonowani zasłużonym odpoczynkiem. Bo zasadniczo im człowiek się bardziej „napracuje”, tym potem milej mu się „nicnierobi”. I tak podróż będzie sensowna, z odrobiną czegoś dla ciała i szczyptą czegoś dla ducha.

No i jest jeszcze jedna zaleta takiego podejścia do sprawy – jak się już z takiej wycieczki wróci, to się tym razem ma naprawdę coś ciekawego do opowiedzenia.

A na zakończenie jeszcze jedna sprawa – czy można prawdziwie odpocząć na takich wakacjach pełnych zwiedzania? W zeszłym roku umówiliśmy się z Mężem, że wyjedziemy na przedłużony weekend na Dolny Śląsk. Nie jest to region nam nieznany, co więcej, celowo wybraliśmy okolice, w których już wcześniej byliśmy, żeby nie mieć wrażenia, że tracimy czas na odpoczywanie (w końcu jak można tracić czas na odpoczywanie! Bez odpoczynku nie można efektywnie pracować i podupada się na zdrowiu, odpoczynek to podstawa!). Wybraliśmy sobie na wyjazd elegancki hotel ze spa. Uwaga – wytrzymaliśmy w jego murach dzień, bo już pierwszego wieczora snułam plany co do tego, co było po drodze ciekawego do zobaczenia. W efekcie skorzystaliśmy i z oferty hotelu, i zwiedziliśmy jego najbliższą okolicę, co sprawiło, że i ciało, i duch były ukontentowane.

Wychodzi mi więc na to, że podczas wakacji pełnych zwiedzania można odpocząć, o ile się ma takie potrzeby… no te – te potrzeby duchowe, czy jak je tam zwał. W każdym razie te, które nie polegają tylko na grzaniu czterech liter.

Jest taka bardzo fajna blogerka podróżnicza, którą śledzę od dłuższego czasu. Wstawiła ona ostatnio zdjęcie ze swojego ostatniego wyjazdu na Fejsbuka i napisała, że to tak naprawdę były jej pierwsze od dawien dawna wakacje – że zwykle podróżuje nisko budżetowo i się przemieszcza, a tym razem to i hotel, i plaża, i odpoczynek.. A ja się z tym nie zgadzam – z tym, że to były jej  pierwsze wakacje. To znaczy wiem, dlaczego użyła tego słowa – „wakacje” – w końcu większość z nas, mówiąc wakacje, myśli plaża, drinki z palemką, all in. itp. Ale gdyby tak było, to znaczyłoby to, że jeżeli wysyłasz dziecko na obóz harcerski, to ono nie jedzie na żadne wakacje. Jeśli jesteś rodzicem, powinno ci to dać do myślenia 😊 Tymczasem SJP twierdzi, że termin „wakacje” oznacza „okres wolny od pracy i obowiązków”. Na moje więc i ci, co jadą byczyć się plaży, i ci, co to z maczetą będą budować szałasy w środku dżungli, mogą śmiało powiedzieć, że jadą na wakacje. Zawsze wtedy, kiedy można odpocząć od codziennych obowiązków. No, chyba, że ktoś pracuje, podróżując. Szczęściarz 😊

Ale – żeby nie było, że nie doceniamy luksusu w podróży 😊 na przykład podczas jednego z ostatnim zagranicznych pobytów z Maluchem, po tym, jak zaliczyliśmy już kilka mieszkań z Aribnb, mój Mąż oświadczył, że w zasadzie nie widzi powodu, żeby nie spędzić w miejscowości, w której akurat byliśmy, jeszcze jednej nocy (traf chciał, że to w tej miejscowości był nasz jedyny hotel na trasie 😉 ). Ale w zasadzie, czemu nie? I powiem Wam, że niezwykle przyjemnie było nie musieć rano robić sobie śniadania, a potem po nim zmywać. W końcu, jako się rzekło, wakacje to okres wolny od obowiązków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *