Inspiracje,  Podróże,  Przemyślenia

Jak przygotować się do wyjazdu?

Część 1. Dziecko w podróży – wyzwanie logistyczne

Pamiętam naszą pierwszą dłuższą podróż samochodem z Rozitą. Stres – czy będzie płakała? Postoje zaplanowane co do minuty – w końcu noworodek nie może siedzieć za długo w foteliku! Wyostrzone zmysły podczas zajmowania tylnego siedzenia – czy nie jest głodna? A jak będzie, to czy znajdziemy szybko miejsce na postój? (w końcu żeby nakarmić dziecię, trzeba je wyjąć z fotelika, a wtedy trzeba się zatrzymać. Na ile? A jak będzie długo jadła?) A jak pobrudzi pieluszkę? Gdzie ją przebierzemy?.

Generalnie ta pierwsza podróż w moich wyobrażeniach była.. straszna. Droga, która zwykle zajmuje ok. 3h, miała się wydłużyć (według mnie) co najmniej do 5h. Okazało się oczywiście, że dziecko spało, pieluszka była brudna raz, i to akurat podczas przyjemnego postoju w karczmie, a największym wyzwaniem logistycznym był zakup baterii do laktatora, który jak na złość rozładował się akurat w trakcie podróży, zanim zdążyłam uzbierać porcję, która pozwoliłaby udać się na błogie saunowanie i zasłużone masaże.

Od tamtej pory odbyliśmy jakiś milion przeróżnych podróży. I takich krótszych, i tych trwających w sumie prawie dobę. Co prawda Rozita ma dopiero dwa lata, co sprawia, że problemy podróżowania ze znudzonym 6-latkiem są jeszcze przed nami, ale wiele kwestii udało nam się (i to chyba całkiem fajnie) dopracować. Zwłaszcza, że obecnie przechodzimy prawdziwy okres buntu i nienawiści do fotelika samochodowego. Podsumowując dwa lata w podróży, musiałabym stwierdzić, że najwygodniejszy jest chyba rejs statkiem, a przynosząca najwięcej problemów podróż samochodem, ale to pewnie tylko dlatego, że samochodem jednak poruszamy się najczęściej, więc i najczęściej są z nim problemy.

Dobra wiadomość jest za to taka, że obiektywnie nie ma idealnego środka transportu z dzieckiem. Ale do każdego środka transportu można się przygotować. Jak? Ano tak:

WZGLĘDY BEZPIECZEŃSTWA

Pierwsze i najważniejsze – zawsze zorientuj się, jakie są wymogi dla zapewnienia bezpieczeństwa maluchowi w wybranym środku transportu. Niby oczywiste, dlatego tym bardziej wolę o tym wspomnieć na początku. Jedziesz samochodem? Fotelik to podstawa, najlepiej dobrany do Twojego samochodu, dostosowany do wagi i wieku dziecka (tak, uwaga – kolor nie ma dużego znaczenia!). Jedziesz z malutkim dzieckiem? Fotelik ustaw tyłem do kierunku jazdy. Dziś raczej ta informacja nikogo nie dziwi, ale gdyby jednak ktoś zastanawiał się, dlaczego (w końcu „za naszych czasów żadnych fotelików nie było i żyjemy”), to na ten temat jest ogrom informacji w Internecie, więc poszukajcie. Jeżeli nie interesuje Was tak do końca, dlaczego, to najprostszym wytłumaczeniem jest to, że dziecko ustawione tyłem do kierunku jazdy jest bezpieczniejsze w razie ewentualnej kraksy niż dziecko ustawione przodem. Kropka.

Mnie w temacie jazdy samochodem na początku nie pozwalała spokojnie spać myśl, że nie będę widziała Młodej, prowadząc. Po prostu bałam się, że mi się człowiek zakrztusi, zwymiotuje, zasłabnie albo zwyczajnie wyjdzie z fotelika, a ja nie zauważę. Albo będzie się darł w niebogłosy, bo nie ma mamy. Jak się okazało, młodzi ludzie o wiele spokojniej znoszą podróże, kiedy mama jest z przodu (o dziwo, nie wiem, jak to działa). Natomiast mi na lęki pomogło lusterko. Za radą znajomej kupiłam interaktywne lusterko, które gadało/śpiewało do dziecka, i było kolorowe. Było w dodatku wyposażone w pilot, więc mogłam, prowadząc, zmienić dziecku piosenkę. Przez około rok lusterko to był absolutny czad, a mnie pozwalał spokojnie łapać kontakt wzrokowy z maluchem.

Potem zmieniliśmy samochód, zapomnieliśmy przenieść ze sobą lusterka, i jakoś tak – przestało być potrzebne… Jak się okazało, starsze dziecko, już trochę samodzielne, bardzo fajnie zajmowało się samo książeczkami i innymi gadżetami, a w tym okresie ja już przestałam bać się „niewiadomoczego”.

Oczywiście w innych środkach transportu zalecenia będą inne. Lecisz samolotem? No to pamiętaj o zapięciu dziecku pasów i przypięciu ich do siebie podczas startu i lądowania (i podczas turbulencji of kors). Przeczytaj instrukcję postępowania w razie spadku ciśnienia w kabinie/awaryjnego lądowania. Za każdym razem!

Jedziesz rowerem? Załóż dziecku kask! Zabierasz dziecko na jacht? Sprawdź, czy macie kamizelką dostosowaną do rozmiaru dziecka, a jeżeli dziecko umie poruszać się samodzielnie, to pomyśl o zabezpieczeniach burt (np. montuje się siatki pod relingami, co by młodociany nie wypadł przypadkiem). Płyniesz ogromnym promem? Po prostu pilnuj, żeby dziecko nie wyskoczyło za burtę 😊

Rady można by mnożyć – zawsze dostosuj środki bezpieczeństwa do rodzaju transportu oraz wieku i możliwości dziecka. 

CZAS PODRÓŻY

Tu krótko – czas podróży wyniesie tyle, ile trzeba. Jeżeli jedziecie samochodem 500 km, to niestety nie dojedziecie do celu w godzinę. Także samolotem może być ciężko, jeśli doliczyć dojazd na lotnisko i potem odbiór bagażu. Nie ma co panikować, że to dla dziecka za długo. Rodzic dobrze przygotowany do podróży zapewni, że dziecko będzie wysiusiane, nakarmione, napite i wybawione, niezależnie od tego, czy podróż potrwa godzinę czy dziesięć. Na pewno nie rezygnujcie z celu podróży tylko dlatego, że ktoś Wam powiedział, że się dziecko zmęczy. Zwykle to bardziej Wy się zmęczycie.

Dodatkowo, dajcie też spokój z planowaniem podróży z myślą „żeby bombelkowi było łatwiej”. Zawsze myślcie, żeby to Wam było łatwiej podróż mądrze przeżyć. Jeżeli wiecie, że Wasz bombelek wstaje na jedzenie o 4-tej rano, ale potem śpi do 12.00, to może warto wyjechać o tej 4-tej i mieć spokojną podróż. Ale jeżeli cały tydzień tyraliście jak woły, a potem macie – po kilku godzinach snu – wyjeżdżać o 4-tej tylko ze względu na to, że prawdopodobnie tak woli młodociany, to sobie darujcie. Rodzic zmęczony za kółkiem to rodzic stwarzający zagrożenie na drodze, w dodatku zły i poirytowany. Bez sensu. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia – dzieci są jak konie – wyczuwają emocje rodzica. Jeżeli jesteście podekscytowani czy poddenerwowani zbliżającym się wyjazdem, i bardzo, bardzo Wam zależy, żeby dziecko zasnęło, to najprawdopodobniej dziecko obudzi się i nie będzie miało zamiaru iść spać. Po co spać, skoro tyle się dzieje? Przecież lepiej potowarzyszyć rodzicom!

Wniosek z tego jeden: jeżeli dobrze przygotujecie się do wyjazdu, i spróbujecie się chociaż trochę wyspać i być w dobrym humorze, to godzina wyjazdu nie ma znaczenia. Zwłaszcza, że do niektórych środków transportu nie da się dostosować (pociąg, samolot, prom). Więc lepiej po prostu nie szukać optymalnej pory wyjazdu. Optymalna pora to taka, kiedy jesteście gotowi, spakowani, wysiusiani i w dobrych humorach.

HIGIENA

Temat rzeka. Znowu, wszystko zależy od środka transportu, wieku dziecka i oczywiście czasu transportu. Jeżeli przemieszczacie się samochodem do dziadków, a podróż zajmie Wam ok. godziny, to raczej nie ma co się higieną za zbytnio przejmować (nawet w przypadku niemowląt jest duża szansa, że obędzie się bez chociażby zmiany pieluchy).

Co warto mieć ze sobą zawsze? Preparat do odkażania. Oczywiście w dzisiejszych pandemicznych czasach jest to dla nas oczywista oczywistość, ale parę lajfhaków warto tutaj dodać. Przede wszystkim, jeżeli podróżujesz z małym dzieckiem, warto mieć ze sobą środek do odkażania, o którym wiemy, że nam dzieciaka nie uczuli, a pozwoli na ew. dezynfekcję brudnych rączek czy pupy, jeśli będzie taka potrzeba. Wszystkie fikuśne żele z Rossmana mogą nie być tutaj ok. Zdecydowanie warto mieć ze sobą buteleczkę Octaniseptu albo podobnej substancji, obok żelu do odkażania. Ew. kupcie płyn/żel odkażający o jak najprostszym składzie, bez tych wszystkich barwników czy substancji zapachowych, i oczywiście w przypadku malutkich dzieci stosujcie tylko w razie potrzeby. Małe dziecko zasadniczo toksyczne nie jest i z g**em się nie bije, najczęściej woda wystarczy. Płyny do odkażania natomiast potrzebne są opiekunom, co by nie dotykać w podróży pupy dziecka brudnymi łapami.

Kolejną ważną rzeczą jest papier toaletowy/chusteczki higieniczne. Jeżeli podróżujecie z małym dzieckiem, przydadzą się zawsze. Wrzucić do torby i uzupełniać w razie potrzeby. Mieć w bagażniku. To się nie psuje, jeść nie woła, a czasami potrafi życie uratować. Oczywiście można też, w duchu zero waste, mieć ze sobą pieluszkę tetrową/ściereczkę, która pomoże otrzeć to czy owo, szczególnie małym dzieciom (ślina, ulewanie etc.). Polecam.

Mokre chusteczki. Znowu temat rzeka. Przydają się zawsze, także w podróży bez dziecka (np. jak się usyfisz hot – dogiem ze stacji, taka chusteczka jak znalazł!). Ale – radzę unikać chusteczek napakowanych chemią, utrwalaczami, barwnikami i substancjami zapachowymi. Nikomu to do szczęścia niepotrzebne, może alergizować i w dodatku szkodliwe dla środowiska (uwaga – większość chusteczek do pupy dziecięcej nadaje się tylko do kosza! Sprawdzajcie składy!). Jeżeli stawiamy na wygodę, to kupmy chusteczki nawilżane. Najlepiej samą wodą i już (zadaniem takiej chusteczki jest pomóc w zmyciu brudu, co to zasechł na rękach/pupach etc. Woda się do tego naprawdę idealnie nadaje). Takie chusteczki można też samemu zrobić przed podróżą. A jeżeli ktoś, tak jak ja, nie ma zamiaru pamiętać o tym, czy ma zakupionych mokrych chusteczek na zapas, i czy to otwarte opakowanie się nie zeschło, to polecam kupić malutką buteleczkę z pompką, i napełnić ją wodą. W razie potrzeby podkładamy pod pompkę papieru i mamy mokrą chusteczkę. Taka magia.

Jak już nasz człowiek jest duży i sam sprawy załatwia (ew. z pomocą rodzica), to wystarczy się dostać do wc (albo zatrzymać przy drodze, byle nie na autostradzie!). Jak człowiek jest mały, to warto mieć ze sobą ceratę do przewijania. Można też oczywiście kupić podkłady, którą wchłoną ewentualną niespodziankę. Na początku naszej drogi szukaliśmy z uporem maniaka przewijaków na stacjach, lotniskach i w knajpkach, które to przewijaki zwykle były niezbyt czyste. Szybko wyszło mi na to, że zamiast męczyć się z przewijakiem, mogę dziecko przewinąć w samochodzie czy w wózku. Da się, i według mnie o wiele bardziej higienicznie. Potem tylko rzeczy do utylizacji zutylizować i po sprawie.

Jeżeli podróż trwa dłużej, warto nie zaniedbać podstawowych elementów higieny. Pamiętać o myciu zębów, przemyciu buzi etc. Uwaga – dziecka nie trzeba codziennie kąpać (nawet noworodka), jak ograniczymy się do zachowania w czystości jego czterech liter, to obiecuję, że w ciągu podróży jego skóra nie pokryje się łuskami. Nie panikujmy więc, jak dzieciak zostanie wykąpany dopiero kolejnego dnia.

Kolejną ważną kwestią jest ruch. Pamiętajmy, że niemowlę nie może za długo siedzieć w foteliku – łupinie. Pamiętajmy o tym, że dziecko rośnie, rozwija się, a w foteliku samochodowym, to ciężko nawet założyć nogę na nogę. Jeżeli więc nasze dziecko jest w wieku, który wymaga dania odpoczynku jego kościom i stawom, albo sygnalizuje, że mu zwyczajnie niewygodnie, zróbcie małą przerwę i dajcie mu rozprostować kości. Oczywiście jeżeli raz na jakiś czas małe dziecko spędzi w tej nieszczęsnej łupinie więcej niż pół godziny, to się świat nie zawali, więc też nie panikujcie. Wszystko z umiarem i z głową.

I – może nie do końca jest to element higieny, ale na pewno z higieną związany – w przypadku małych dzieci weźcie ze sobą dodatkową koszulkę/spodenki na wypadek awarii. Dużo nie waży, miejsca nie zajmuje, a już raz cięłam nożyczkami zasikane rajstopy, żeby chociaż podkolanówki dziecko na nogach miało.

ROZRYWKA

Nie chodzi o to, że w podróż trzeba ze sobą zabierać animatorkę, ale chodzi o to, że dziecko znudzone, to dziecko marudne. Im lepiej więc zaplanujemy dla dziecka rozrywkę, tym mniej się sami umęczymy. Co rozumiem przez rozrywkę? Ano, wszystko zależy od wieku naszego dziecka. Do noworodka, o ile nie będzie spał, wystarczy mówić albo śpiewać. Z resztą rozmowa i śpiewanie często działa także w przypadku starszych dzieci (Rozita uwielbia śpiewać z nami piosenki, najlepiej 176 razy tę samą, dopóki mama nie ochrypnie). U nas w samochodzie działają książeczki, karty do Piotrusia, piłeczka, ukochany miś. Ostatnio liczymy krowy i wiatraki. Kiedyś działało śpiewające lusterko.

Nie jestem zwolennikiem zabierania ze sobą walizy pełnej zabawek, chociaż jeżeli możemy sobie na to pozwolić, na pewno nie zaszkodzą. Trzeba jednak pamiętać, że jak załadujemy do samolotu walizę pełną zabawek, to nie zmieszczą się już żadne ubrania 😊 Lepiej więc postawić na zabawki lekkie, dla których znajdziemy wiele zastosowań. I koniecznie trzeba zapakować kreatywność, bez tego w większości przypadków będzie ciężko. Poza tym pamiętajmy, że byle co może być zabawką. Rozita uwielbia oglądać karty bezpieczeństwa pokładowego w samolotach i zwiedzać przedziały w pociągu. W przypadku starszych dzieci często działają zabawki zadaniowe, zagadki z nagrodami. Kiedyś usłyszałam od znajomego, że on swoim szkolniakom każe się samemu zapakować na drogę, a jeżeli się nudzą, to oświadcza im, że skoro się źle zapakowały, to muszą teraz wytrzymać do końca podróży. Od jakiegoś czasu dzieci ponoć nie marudzą 😀 Mam perwersyjne marzenie, że będę robić tak samo.

JEDZENIE I PICIE

To chyba mój ulubiony temat. Nie zliczę, ile razy w tym roku na grupach podróżniczych widziałam posty w stylu: „jedziemy z dziećmi z Wrocławia do Mielna, jak zaplanować postoje”, albo: „Google maps pokazuje, że czeka nas 400 km podróży, ale daje 2 trasy alternatywne. Na której znajdę knajpkę, żeby dać dzieciom coś sensownego do jedzenia”?

Ja nigdy nie dostosowuje trasy do knajpki, chyba, że knajpka ma być atrakcją samą w sobie. Jeżeli wiem, że po drodze jest miejsce, gdzie dają dobrze zjeść, i akurat będziemy w jego okolicach w porze silnego głodu, to staniemy. Jak nie, pojedziemy dalej. Ot, cała filozofia. Zwykle w podróży zależy mi na tym, żeby dojechać do celu, chyba że oczywiście podróż ma charakter krajoznawczy. Wtedy raczej gdzieś staniemy, najpewniej w ładnym miejscu w pobliżu jakiejś atrakcji turystycznej (tak w tym roku trafiliśmy do przepysznej jadłodajni – tfu – gastrobusa w pobliżu Góry Grabarki). Chociaż wiem, że brzmi to niezwykle oldschoolowo, to zwykle zabieram ze sobą w drogę jedzenie. Trochę też dlatego, że nasz człowiek okazał się być silnym alergikiem, a uwierzcie mi, w większości takich normalnych, ludzkich restauracji rosół jest z vegety, jajka są nabiałem, a „nic, co pochodzi z mleka” okazuje się nie obejmować masła, śmietany i serwatki. Psikus. Żeby więc ograniczyć ryzyko, że moje dziecko umrze z głodu gdzieś po drodze, nauczyłam się sobie radzić z tym problemem i całkiem nieźle mi to wychodzi.

Oczywiście to, co zabieramy w podróż do jedzenia, powinno być dostosowane do czasu podróży (godzina czy dziesięć), stopnia najedzenia (po obiedzie, przed obiadem) i warunków klimatycznych (tropiki czy mróz). Nigdy nie zapominajcie o piciu. Najlepiej zwykła woda w bidonie/kubku, a zimą herbatka owocowa. Jeśli zaś chodzi o jedzenie, nieźle sprawdzają się kanapki, ew. kabanos/parówka do ręki, placuszki. Czasami zabieram ze sobą jogurt, jeżeli wiem, że nie powinno się to skończyć usmarowaniem wszystkiego dookoła. Jako przekąski wybieram zwykle wafle ryżowe, ew. chrupki kukurydziane, do tego owoce. Pamiętajcie, że nie muszą to być koniecznie banany. Można dziecku pokroić i zapakować w lekki pojemnik jabłko czy inną gruszkę. Może nie polecałabym jagód czy soczystych pomarańczy, ale kiedyś przy odprawie Młoda opędzlowała łyżeczką całego granata. Zdarzało się, że pakowałam do pojemniczka oliwki, pokrojone awokado i kiełbaskę, kiedy wiedziałam, że będzie problem ze śniadaniem czy kolacją w trasie.

Zwykle po prostu czyszczę to, co zostało w lodówce, i po problemie. Przy dłuższych podróżach kupuję batony zrobione z suszonych owoców i orzechów, ale te zwykle zjadamy pół na pół. Jeśli chodzi o obiad, to fantastycznie sprawdza się bidon/termos obiadowy i lekki podróżny łyżkonóż (jeździliście na obozy harcerskie/żeglarskie jak byliście mali?). Ostatnio w drodze do Torunia wszedł nam w ten sposób rosół z kołdunami. Da się bez szukania knajpy 😉 Co więcej, te sposoby sprawdzają się nie tylko w drodze do, ale czasami też na miejscu, jeżeli jedziecie w ultra drogie miejsce albo planujecie wędrówki z dala od cywilizacji.

Ok – podałam fajne pomysły, ale w większości (jak się wydaje) dla dziecka dość samodzielnego w jedzeniu. Co zrobić z młodszym członkiem wyprawy? Ano, przede wszystkim nie panikować. Zupę taki członek też wciągnie, nawet jak ma te 7 czy 8 miesięcy. Muszę przyznać, że my od początku rozszerzania diety stosowaliśmy BLW, więc owoce i chleb zawsze szły w kawałkach. Co prawda kupowałam też tubki, ale Rozita nimi zwyczajnie gardziła. Jednym z patentów na posiłki były silikonowe buteleczki z takim dość wąskim (ale nie zbyt wąskim ustnikiem) upolowane kiedyś w Tchibo, do których ładowałam kasze z warzywami i mięskiem, ew. owsianki, a potem wyciskałyśmy to z Młodą prosto do buzi. Oczywiście przy mniejszych dzieciach sprawdzi się śliniak, najlepiej silikonowy, który po wszystkim przepłuczemy wodą i po kłopocie.

Najwygodniej mają rzecz jasna mamy karmiące piersią – cycek ma mleko zawsze wtedy, kiedy trzeba, więc nie ma w ogóle problemu z tym, że dziecko nam umrze z głodu lub pragnienia. W tych sytuacjach więc w ogóle nie trzeba się przejmować 😊

LEKI

Trzeba pamiętać, że niektórzy w drodze muszą zabierać ze sobą leki dla dziecięcia. Oczywiście, jeżeli wypad jest jednodniowy, to w większości przypadków problem odpada, ale ja i tak zwykle lubię mieć ze sobą termometr elektryczny. Nauczyłam się, że z dzieckiem nie znam dnia ani godziny, więc zwyczajnie – o ile nie zapomnę – ładuje go do torby i po problemie. My zawsze mamy też ze sobą leki na alergię – jeżeli Twoje dziecko na stałe lub w razie potrzeby przyjmuje leki, raczej ich nie zapomnisz. Ale co jest ważne – sprawdź, w jaki sposób się je przewozi. Niektóre leki nie lubią ciepła, więc latem zabierz je w lodówce podróżnej albo torbie termicznej. Większość nie powinna być zamrażana – więc wrzucenie takiego leku do walizki, która poleci w luku bagażowym, jeżeli lot będzie trwał długo, a samolot leciał wysoko, może nie być najlepszym pomysłem. I znowu, nie słyszałam, żeby problemem było przewiezienie apapu w tabletkach, ale już po przetransportowaniu w ten sposób adrenaliny w zastrzyku zwyczajnie musiałam ją zutylizować. Wolałam nie ryzykować, że w sytuacji, w której będę musiała jej użyć, okaże się, że straciła swoje właściwości.

Pamiętajcie też, że w czasie podróży mogą się przydać środki ochronne przeciwko insektom albo z filtrem UV. Wszystko zależy od tego, gdzie i kiedy ruszacie. Może warto zabrać moskitierę? 

PODSUMOWANIE

Generalnie strach ma wielkie oczy :O I tak, wiem, że kiedy w trakcie podróży, kiedy bardzo nam się spieszy albo jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni, młody człowiek urządza awanturę czy daje koncert, to nie jest miło. Takie sytuacje zdarzają się najlepszym. Grunt, to nie pozwolić, żeby obawa przed takimi atrakcjami uniemożliwiła nam podróżowanie z dzieckiem w ogóle. Bo można! (i warto 🙂 ).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *