Inspiracje,  Podróże,  Recenzje,  Szwecja

Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą. Recenzja

Kiedy szykowaliśmy się do pierwszego (i jak do tej pory jedynego) wyjazdu do Sztokholmu, standardowo zabrałam się za przeszukiwanie Internetów w poszukiwaniu dobrego przewodnika. Nasz styl podróżowania wymaga wcześniejszego przygotowania – inaczej istniałoby ryzyko, że zobaczymy mniej, niż byśmy mogli, albo przeoczymy coś, co akurat było po drodze. I to jest dla mnie prawdziwa tragedia (historia autentyczna: podczas pierwszego mojego pobytu w Hajnówce nie udało mi się zdobyć biletu na kolejkę wąskotorową – popłakałam się).

Do rzeczy – przez przypadek natrafiłam na wówczas wydawniczą nowość. Książkę, która miała opowiadać o życiu w Sztokholmie z perspektywy Polki, która spędziła tam ostatnie 20 lat. Co więcej, według opisu, autorka miała nadać swojej narracji ciekawą perspektywę – a mianowicie miała opowiadać o Szwecji i Szwedach jako takich przez pryzmat kolejnych dzielnic Sztokholmu.

 

Zwiedzać Sztkoholm można też w sposób nieoczywisty

Być może zakwalifikowałabym tę książkę do sterty podobnych podróżniczych książek, które szybko się czyta i za dużo do życia nie wnoszą, ale tak się składa, że chwilę wcześniej czytałam z autorką tej pozycji bardzo ciekawy wywiad właśnie o szwedzkim społeczeństwie. Plus – co nie ulega wątpliwości – tytuł książki jest niesamowity. Oksymoron już na wstępie? Byłam co najmniej zaintrygowana.

Czy było warto? Przedstawiam wam książkę Katarzyny Tubylewicz: „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”.

Hit czy kit?

Hit. Hit i jeszcze raz hit. To chyba jedna z lepszych niebeletryzowanych pozycji, jakie było mi dane kiedykolwiek przeczytać. Naprawdę. Czyta się ją dość szybko, choć często w trakcie czytania robiłam sobie przerwy, by jakiś fragment przemyśleć. Pokazuje zarówno Sztokholm, jak i całą Szwecję z nieznanej w Polsce, jednocześnie niestereotypowej i stereotypowej perspektywy.

O czym jest?

No cóż, jak sama nazwa wskazuje, o Sztokholmie. Sama autorka określa swoją książkę jako (nie)zwykły przewodnik. Pierwszy jej rozdział – prolog – pokazuje, w jaki sposób sama autorka patrzy na napisaną przez siebie książkę, jak również opowiada o tym, jakie odczucia wiązały się z jej przygotowaniem. Już ten wstęp zapewnił mnie, że „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” mi się bardzo spodoba. Katarzyna Tubylewicz mianowicie zawarła tam następujący fragment: „Książkę tę można traktować jako manifest wiecznego turysty. Bo w turystyce nie chodzi tylko o przemieszczanie się, ale także o wnikliwość”. Podpisuję się pod tym ostatnim zdaniem wszystkimi czterema kończynami. I tak „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” pomaga nam zwiedzić Sztokholm, ale nie typowymi śladami znanymi z typowych przewodników. Opowiadając o dzielnicach Sztokholmu i ich największych lub zgoła nietypowych atrakcjach, autorka tak naprawdę diagnozuje szwedzkie społeczeństwo, podejmuje próbę rozprawienia się ze szwedzkim egalitaryzmem, antynacjonalizmem, a nawet opisuje główne założenia ich polityki historycznej.

 

Jeden z moich ulubionych rozdziałów

Czego się można z niej dowiedzieć?

Wyjątkowo wielu rzeczy. Po pierwsze można poznać Sztokholm, jakiego trudno szukać w tradycyjnym przewodniku. Po drugie można spojrzeć na niektóre znane atrakcje z zupełnie innej strony, właśnie przez pryzmat ich „szwedzkości”. Co więcej, książka obfituje w osobiste spostrzeżenia i anegdoty z życia autorki i jej rodziny (syn autorki wykonał zdjęcia ilustrujące książkę). Dla mnie, oczywiście jako Polki, szczególnie interesujący był fragment książki o polonikach, a niezwykle ekscytujące było potem ich poszukiwanie na żywo. Choć muszę przyznać, że największym szokiem było dla mnie zetknięcie z tradycyjnymi szwedzkimi tańcami narodowymi, które były wykonywane w Skansenie. Wyszukajcie sobie na YouTubie 😉

 

Tancerze prezentowali tradycyjne szwedzkie tańce, a tam znajoma muzyka. Przykładowy taniec można obejrzeć na YouTubie (i nie, to nie jest Mazowsze jak coś): https://www.youtube.com/watch?v=tclU1jTR6nU

Dla kogo?

Generalnie chciałabym powiedzieć, że dla każdego, ale nie. Idealna pozycja dla osoby ciekawej świata, ale takiej, która umie spojrzeć na świat krytycznie, niejako z boku i zaakceptować go takim, jakim jest. Bo stawiane przez Katarzynę Tubylewicz diagnozy szwedzkiego społeczeństwa w nieunikniony sposób skłaniają do refleksji nad społeczeństwem własnym. Idealny prezent dla każdego podróżnika szczególnie w dobie pandemii.

Za co ją lubię?

Za wszystko. Za to, że pozwoliła mi naprawdę dużo dowiedzieć się o Szwedach, Szwecji i samym Sztokholmie. I oczywiście za to, że pozwoliła mi natrafić na szwedzkie Bag End.

 

Więcej dowiedzieć się można na: http://hobbitstockholm.se/

Czy książka ma wady?

Ma. Brak indeksu z najważniejszymi hasłami, który umożliwi potem bez problemu wrócić do poszukiwanych informacji. Dlatego lepiej zaznaczajcie ciekawe fragmenty w trakcie

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *