Inspiracje,  Recenzje

Ambasada Śledzia. Recenzja okiem Lady is a tramp

Tym razem będzie trochę niestandardowo, bo kolejna recenzowana książka jest co do zasady… książką kucharską. A przynajmniej z takim nastawieniem ją kupowałam, kiedy tuż po Nowym Roku dostałam informację, że w jednej z ulubionych księgarni pojawiły się spore promocje. „Ambasada Śledzia” pojawiła mi się w pozycjach rekomendowanych (ach, te cookiesy), zupełnie jakby Wujek Google wiedział, że w ostatnim czasie odkryłam fantastyczny sklep ze śledziami, tłustymi i mięsistymi, dzięki czemu spożycie śledzi u nas w domu gwałtownie wzrosło.

Cóż, prawdopodobnie Wujek Google po prostu to wiedział.

Niezależnie od wielkiego spisku cookiesowego podjęłam całkiem świadomie decyzję o zakupie książki, która miała być po prostu skarbnicą przepisów na śledziowe potrawy. A co, przecież wszyscy dobrze wiemy, że covidowy home office zamienia się powoli w naszym społeczeństwie w home cooking, więc taka książka na pewno się prędzej czy później przyda. Nie zastanawiając się długo, wrzuciłam „Ambasadę Śledzia” do koszyka i kilka dni później do moich drzwi zapukał kurier (żart, tak naprawdę to był paczkomat). I okazało się, że „Ambasada Śledzia” Marty Sawickiej – Danielak i Filipa Danielaka to nie jest zwykła książka kucharska. To jest zdecydowanie książka w stylu Lady is a tramp, godna napisania o niej paru słów, choć przecież blog ten nie jest blogiem kulinarnym. Ale żeby żyć, trzeba jeść, i już każda ciekawa książka o tematyce kulinarnej staje się po prostu książką o ciekawym życiu. Proste.

Posunęłabym się nawet o krok dalej. Jedzenie pięknie potrafi opowiadać historię.

Hit czy kit?

Po przebrnięciu przez wstęp nie da się ukryć – hit. Choć nie zapominajmy, że jednak w głównej mierze jest to w dalszym ciągu książka kucharska.

O czym jest?

Jeżeli powiem, że o śledziu, to będzie to jednocześnie dużo i mało. Otóż jest to książka napisana przez dwójkę niesamowitych osób, które otworzyły w Krakowie knajpkę Ambasada Śledzia (https://www.facebook.com/AmbasadaSledzia). Książka natomiast jest niejako kontynuacją ich śledziowych zainteresowań. Podzielona jest na dwie części, z których ta druga zawiera kilkadziesiąt naprawdę fantastycznych przepisów na dania ze śledzia. Pierwsza natomiast część to właśnie ta, która stała się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Bowiem – opierając się na motywie śledzia – autorzy absolutnie nienachalnie wprowadzając nas w arkana w pewnym sensie śledziowej kultury. Nie tylko wyjaśniają kwestie takie jak śledziowa nomenklatura czy  podają sposoby na prawidłowe sprawienie śledzia (co można by było podciągnąć pod sferę kulinarną), ale także przedstawiają śledzia jako element europejskiej kultury. Opowiadają o historii spożycia śledzia, jego połowów, niektórych świętach czy tradycjach związanych ze śledziem właśnie, wreszcie wskazują, w jaki sposób śledź wpłynął na rozwój światowych gospodarek. Poza tym uchylają rąbka tajemnicy co do kulisów powstania restauracji Ambasada Śledzia, ich własnej historii oraz historii ich rodzin, co czyni książkę nieco bardziej osobistą i jednocześnie łatwiejszą w odbiorze.

Na które śledzie mówi się Bismarcki? Między innymi o tym jest ta książka

Czego się można z niej dowiedzieć?

Oczywiście przede wszystkim kilkudziesięciu sposobów przyrządzenia śledzia, a także tego, jak rozpoznać świeżego śledzia, jak go przygotować do spożycia, wreszcie, jak nazwać konkretne śledziowe produkty.

Wybiera się ktoś do Finlandii? Ja mam już Simsalo wpisaną na listę 😉

Ponadto z książki można dowiedzieć się bardzo wiele na temat historii połowów śledzia i wpływu tych połowów na światową (przede wszystkim europejską) kulturę i gospodarkę. Autorzy dzielą się wieloma ciekawostkami na temat śledzia, na kartach książki wielokrotnie posługują się przykładami ze świata filmu czy literatury, gdzie śledź odegrał ważną rolę (czasami wręcz główną). Wiele z podanych w tej części książki informacji dotyczy naszego rodzimego podwórka. Dzięki temu nie tylko możemy dowiedzieć się, w których rejonach Polski jakie tradycje śledzia dotyczą (i skąd się wywodzą), ale – przechodząc do czasów najnowszych – możemy zwyczajnie dowiedzieć się, skąd się wziął przysłowiowy „firmowy śledzik” czy dlaczego w karnawale zaprasza się gości „na śledzika”.

Dla kogo?

Dla osób, które lubią gotować, część pierwsza stanie się być może ciekawym, w niektórych przypadkach przydatnym nawet dodatkiem. Dla osób, które co prawda gotować nie lubią, ale za to lubią żyć, część pierwsza będzie naprawdę wyjątkową opowieścią o świecie od strony śledzia, czyli od strony, na którą – bądźmy szczerzy – na świat raczej nie patrzymy. Jeżeli ktoś lubi gotować, a do tego ceni sobie ciekawe życie, pozycja jest strzałem w dziesiątkę. Zdecydowanie polecam dla podróżników, bo po jej  przeczytaniu okazuje się, że śledź wywarł swoje rybie piętno na bardzo wielu miejscach na świecie. Tylko niestety często nie zdajemy sobie z tego sprawy, a warto to zmienić!

Za co ją lubię?

Za wszystko. Za fajne przepisy (w tym wegańskie, czapki z głów!), za dużo ciekawostek i naprawdę kawał porządnie podanych informacji.

Na przykład takich informacji…

Czy książka ma wady?

Chyba nie. To znaczy jest dokładnie taka, jaka powinna być. Dostarcza sporo informacji, ale jednocześnie w przystępny, przyjemny wizualnie sposób. Gdybym jednak miała się do czegoś przyczepić, to do tego, że autorzy raczej nie przeprowadzili szczegółowych badań co do związku pojęć „krawat” oraz „śledź” (jeżeli chcesz wiedzieć, o co dokładnie chodzi, odsyłam do „Ambasady Śledzia”, str. 25), ponieważ z tego, co się orientuję, element garderoby znany jako „krawat” wywodzi się od części ubioru noszonego przez członków chorwackiej kawalerii, a etymologicznie słowo „krawat” to zniekształcona nazwa przedstawiciela tejże kawalerii (tj. Chorwata). Ale sprawa z pewnością wymaga dokładnego zbadania, także Szanowni Autorzy „Ambasady Śledzia” – do dzieła!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *